Jeśli Trybunał Konstytucyjny da zielone światło dla wejścia w życie przepisów znoszących limit 30-krotności, wówczas można się spodziewać, że w partii rządzącej rozgorzeje dyskusja, czy lepiej ekstra środki „przejeść”, czy przeznaczyć je na poprawę stanu finansów państwa. W wielu sprawach, które trafiały we wcześniejszych latach do TK, a wyroki mogły negatywnie odbić się na stanie państwowego budżetu, sędziowie stawali po stronie rządu. W tym przypadku jednak trybunał nie będzie badał samego zniesienia limitu, a jedynie tryb konsultowania projektu. Co czyni rozstrzygnięcie nieprzewidywalnym.

Wygórowane apetyty resortu

Minister finansów Teresa Czerwińska liczy, że pozytywny dla rządu wyrok to nawet 7 mld zł dodatkowych wpływów. Analizy te mogą się okazać zbyt optymistyczne. Eksperci wskazywali, że rząd mógł się przeliczyć w swoich rachunkach już podczas pisania projektu ustawy. Zapisano tam, że wprawdzie FUS zyska ponad 7 mld zł, ale nastąpi ubytek po stronie składki na NFZ i samego budżetu oraz samorządów. W najlepszym razie saldo sektora finansów publicznych poprawi się o blisko 5 mld zł. O tyle też można byłoby zwiększyć wyliczany zgodnie z regułą fiskalną limit wydatków.

Szacunki mogą jednak okazać się niższe, bo część tych, których dotkną zmiany, może uciec przed nowymi obciążeniami z etatów w samozatrudnienie. To jednak scenariusz realny w firmach. Nie uda się to pracownikom administracji rządowej czy lokalnej, którzy zarabiają powyżej 10,7 tys. zł brutto miesięcznie.

Wiele osób w otoczeniu premiera Mateusza Morawieckiego namawiało go, żeby zrezygnować ze zniesienia limitu 30-krotności. Bo ten może negatywnie odbić się na postrzeganiu naszego rynku pracy m.in. przez najlepszych specjalistów – nie przyciągniemy nowych np. z zagranicy, a dodatkowo część z nich możemy przekonać do wyjazdu. Przeciwni zmianom są również partnerzy społeczni. Centrale związkowe i organizacje zrzeszające pracodawców tak mocno krytykowały plany rządu, że w Senacie vacatio legis dla nowych przepisów zostało przesunięte z początku tego roku na 1 stycznia 2019 r. Ruch prezydenta z TK jednak także ten plan stawia pod znakiem zapytania.

Bomba z opóźnionym zapłonem

Chociaż bieżące skutki budżetowe zniesienia limitu 30-krotności są pozytywne, to z czasem będą malały. W przyszłości zaś wygenerują wyższe wydatki z FUS.

– Długofalowo to rozwiązanie będzie miało negatywne skutki, bowiem wyższa składka oznacza wyższe świadczenia. Doszłoby do akumulacji świadczeń dla osób o najwyższych dochodach. W krótkim okresie więcej wpłynie do sektora finansów publicznych, ale wypłaty będą wyższe w momencie, gdy system emerytalny będzie obciążał finanse państwa – mówi DGP Łukasz Kozłowski, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Choć w porównaniu do ogółu 16 milionów ubezpieczonych, grupa osób objętych zniesieniem składki jest relatywnie niewielka, to ich świadczenia będą stopniowo coraz istotniejsze w emeryturach wypłacanych przez ZUS.

Zakład wykonał dla nas wyliczenia, z których wynika, że np. senior zarabiający przez całą karierę 40 przeciętnych wynagrodzeń dziś otrzymałby 4633,20 zł świadczenia, a gdyby nie obowiązywał limit, wyniosłoby ono już 7068,02 zł, czyli byłoby o połowę wyższe. Dlatego, jak wynika z wyliczeń, jakie można znaleźć w uzasadnieniu do ustawy, pozytywny wpływ na sektor finansów publicznych wyrażonych w proc. PKB do 2060 r. zmniejszy się z 0,25 proc,. do 0,01 proc.

Zniesienie limitu miałoby jeszcze jeden efekt. Doprowadziłoby do dużego rozwarstwienia w dochodach emerytów. Duża grupa ubezpieczonych będzie w stanie wypracować jedynie świadczenie minimalne lub jemu bliskie, a z drugiej niewielkie grono otrzyma wielokrotnie wyższe niż możliwe dziś wypłaty z ZUS. Obecnie emeryci stanowią grupę, w której nierówności dochodowe należą do najmniejszych w społeczeństwie. Według danych GUS tzw. współczynnik Giniego – będący miarą nierówności – w przypadku emerytów wynosił w ubiegłym roku 0,224. Tymczasem dla ogólnego poziomu nierówności w Polsce współczynnik wynosił 0,304.

– To zła ustawa. Tworzy kominy emerytalne i powoduje dodatkowe obciążenia po stronie pracodawców. Będziemy mieli problem społeczny, jak jedni będę mieli emerytury, których waloryzacja będzie wyższa niż niektóre świadczenia – mówi Henryk Nakonieczny z Solidarności.

Wyjście z pata

Tej sytuacji można zaradzić na dwa sposoby. Po pierwsze wprowadzając próg podatkowy, którego wysokość będzie zbliżona do pułapu trzydziestokrotności. Wówczas nadwyżka jest opodatkowana podatkiem dochodowym, na czym zyskuje budżet, a nie powstają zobowiązania w ZUS. I tak było, gdy wprowadzano reformę emerytalną. Wówczas trzecia stawka PIT była na poziomie dochodów zbliżonych do trzydziestokrotności. Także później, gdy PiS wprowadzał reformę podatku dochodowego z ulgami na dzieci i dwiema stawkami podatku, próg wyższej stawki PIT był zbliżony do tej granicy. Ale limit ograniczający płacenie składki jest ruchomy, a próg podatkowy nie jest waloryzowany, więc doszło do rozejścia się tych wartości.

Druga metoda to podniesienie limitu składek na ubezpieczenie społeczne. – Rząd poszedł po linii najmniejszego oporu. Powinien zrobić to stopniowo, np. podnosząc limit do 50- lub 60-krotności. Całkowite uwolnienie to duży kłopot dla pracodawców, zwłaszcza że wkrótce mają wejść w życie pracownicze plany kapitałowe, które także podnoszą koszty pracy – mówi Wiesława Taranowska, która z ramienia OPZZ brała udział w opiniowaniu projektu ustawy.

Rząd ma prawo inicjatywy legislacyjnej i może zgłosić projekt ustawy dotyczący treści, które zostały zaskarżone przez Andrzeja Dudę. – W takim przypadku musi go jednak przeprowadzić przez Sejm i powinien liczyć się z tym, że prezydent oceni, czy nowe rozwiązanie także nie budzi wątpliwości konstytucyjnych – mówi DGP profesor Ryszard Piotrowski. Minister finansów zapewnia jednak, że rząd poczeka na wyrok TK.

– Z mojej wiedzy wynika, że nad tą ustawą nie są prowadzone żadne dodatkowe prace, to byłoby nielogiczne bez rozstrzygnięcia przez Trybunał – mówi DGP Teresa Czerwińska.

Związki zawodowe nie zmieniły zdania o nowych rozwiązaniach. – Z powodu podwyżki kosztów część pracodawców i pracowników, których będzie dotyczyła ta regulacja, ucieknie w inne formy umów – mówi Henryk Nakonieczny. Jak wynika z rozmów z ekspertami rynku pracy, pierwsza fala takich posunięć pojawiała się, gdy ustawa została uchwalona. Teraz z kolei pracodawcy żyją w niepewności.

– Podkreślają, że brak jasności co do zniesienia limitu w momencie, gdy są podejmowane decyzje o budżetach wynagrodzeń na kolejny rok, powoduje dyskomfort. W większości zakładają zwiększone budżety, ale to oznacza wzrost kosztów pracy – mówi Marcin Wojewódka, były wiceprezes ZUS. To efekt nie tylko możliwego wprowadzenia trzydziestokrotności, lecz także wejścia w życie ustawy o PPK , która powoduje, że pracodawcy zapłacą o minimum 1,5 proc. wyższą składkę od pensji pracowników, którzy będą chcieli oszczędzać w programach. Równocześnie wprowadzony będzie podatek solidarnościowy, który obciąży osoby zarabiające ponad milion złotych rocznie.