Potwierdza się, że PiS odwracając reformę emerytalną PO-PSL, trafił celnie. Rośnie grupa Polaków niezainteresowanych dłuższą pracą.

Do września wiek emerytalny będzie podwyższany w oparciu o zasady wprowadzone przez poprzedni rząd. Nowe przepisy obniżające go do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn wejdą w życie od października. Do tego czasu można spodziewać się wzmożonego zainteresowania korzystaniem z metod pozwalających na sztuczne skrócenie czasu pracy. Podobny trend nasilił się czytelnie w ub.r.

Obecnie dla osób w wieku przedemerytalnym dostępne są cztery świadczenia mogące pełnić funkcję wcześniejszej emerytury. Trzy z nich zostały wprowadzone w wyniku likwidacji wcześniejszych emerytur lub wydłużenia wieku emerytalnego. To emerytury częściowe, pomostowe i nauczycielskie świadczenia kompensacyjne. W przypadku tych świadczeń w ub.r. nastąpił kilkudziesięcioprocentowy wzrost liczby osób, które je pobierają. Czwarty rodzaj to świadczenia przedemerytalne wprowadzone w 2004 r. Tu korzystających jest najwięcej, ale wzrost był minimalny.

Największym hitem okazały się emerytury częściowe. W ciągu roku liczba osób pobierających je wzrosła aż o 78 proc., z 4,5 do 8 tys. świadczeniobiorców. To świadczenie pojawiło się na wniosek prezydenta Bronisława Komorowskiego jako działanie osłonowe przy wydłużaniu wieku emerytalnego. Dziś mogą z niego korzystać tylko mężczyźni, którzy ukończyli 65 lat, dla kobiet był przewidziany wiek 62 lata.

Duży wzrost liczby świadczeniobiorców – o blisko 30 proc. – nastąpił także w emeryturach pomostowych. Zostały wprowadzone jako rodzaj specjalnych wypłat dla osób, które pracują na szkodliwych dla zdrowia stanowiskach. W ciągu roku liczba tego typu osób zwiększyła się o ponad 4 tys.

Jeszcze jedna kategoria z dużym wzrostem liczby świadczeniobiorców to świadczenia nauczycielskie, wprowadzone jako rodzaj rekompensaty za pozbawienie nauczycieli prawa do wcześniejszej emerytury w 2009 r. Od listopada ub.r. liczba pedagogów korzystających z tych świadczeń wzrosła o połowę.

Wzrost w czwartej kategorii – świadczeń przedemerytalnych – był symboliczny, wyniósł niespełna procent. To jednak nie dziwi z uwagi na wysokość wypłat. W 2016 r. sięgała nieco ponad tysiąc złotych, podczas gdy pozostałe formy zastępujące wcześniejsze emerytury dawały średnio dwa razy wyższy dochód. Świadczenie nauczycielskie wyniosło przeciętnie 2,1 tys. zł. Minimalnie niższa była przeciętna emerytura częściowa, a pomostowa dawała 2,4 tys. zł.

Skąd ten wzrost?

Jak wynika z naszych rozmów z ekspertami, znaczny wzrost liczby takich zamienników wcześniejszej emerytury to efekt niezgody części Polaków na wydłużenie wieku emerytalnego. Dodatkowo część osób szuka pewnego materialnego zabezpieczenia, zanim otrzyma emeryturę. Mimo niezłej sytuacji na rynku pracy, osoby, które stracą zatrudnienie w wieku przedemerytalnym, mają kłopoty ze znalezieniem nowego zajęcia. – Pracodawcy nie kwapią się do zatrudniania takich osób – uważa Henryk Nakonieczny z NSZZ „Solidarność”.

Inny mechanizm zwiększający liczbę wypłat polega na tym, że osoby, które świadczenia wzięły wcześniej, z powodu podniesionej granicy wieku pobierają je dłużej. – To zjawisko jest wzmacniane efektem demograficznym, bo prawa do wypłat uzyskają wyżowe roczniki z lat 50., a wówczas rodziło się ponad 700 tys. dzieci rocznie – podkreśla ekonomista Maciej Bukowski.

Pojawia się także teoria, że część zmian napędziły planowane i wdrażane zmiany w sektorze publicznym, np. reforma edukacji. – Część osób, które mają uprawnienia, widząc zawirowania obawia się zmian, może chcieć skorzystać z przywilejów – argumentuje Wiesława Taranowska z OPZZ.

Takie będą skutki

Ponowne obniżenie wieku emerytalnego, które zacznie obowiązywać od października, zatrzyma zapewne wzrost wykorzystywania różnego rodzaju świadczeń przedemerytalnych. Nie będzie się to opłacać, skoro łatwiej można skorzystać z pełnej emerytury. Ekonomiści sądzą, że wzrost popularności świadczeń przedemerytalnych może świadczyć o tym, że nadzieje na dobrowolne pozostawanie na rynku pracy osób, które osiągną nowy, niższy wiek emerytalny, mogą okazać się złudne.

– Wszyscy, którzy będą mogli przejść na emeryturę wcześniej, zrobią to. Pytanie tylko, czy częściej będą odchodzić na emeryturę, czy raczej starać się łączyć z nią pracę – mówi Jakub Borowski, główny ekonomista banku Credit Agricole.

W jego opinii łączenie emerytury z zatrudnieniem jest szczególnie prawdopodobne w przypadku kobiet. Dla nich nowy niższy wiek emerytalny to 60 lat. Co oznacza, że wypłacane im świadczenia będą niskie. To będzie je zachęcać do aktywności na emeryturze. – Będą więc dalej pracować albo legalnie, albo na czarno. Skutek będzie taki, że negatywne dla rynku pracy skutki obniżenia wieku będą łagodzone, ale koszty dla finansów publicznych będą wysokie – ocenia Jakub Borowski.

To tym bardziej prawdopodobne, że do takiego układu mogą zachęcać również pracodawcy, którym połączenie „praca plus emerytura” również może się opłacać. Choćby przez zmianę warunków umowy o pracę (np. obniżkę płac), które – razem z zusowskim świadczeniem – i tak mogą być korzystne dla pracowników.

– Po obniżeniu wieku emerytalnego beneficjenci podzielą się na trzy grupy: tych, którzy nie skorzystają z prawa i będą dalej pracować, bo ZUS im wyliczy niską emeryturę, tych, którzy z niego skorzystają, oraz tych, którzy będą starali się to łączyć, traktując emeryturę jako dodatkowe źródło dochodów. Sądzę, że tych pierwszych będzie najmniej – mówi Jakub Borowski.

To oznacza duże obciążenie finansów publicznych kosztami zmian w systemie emerytalnym. Według wyliczeń ZUS dotacja budżetowa do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych będzie musiała wzrosnąć w ciągu dwóch najbliższych lat do 61 mld zł, z 46,7 mld zł obecnie. Rozwiązaniem mogłoby być ograniczenie możliwości łączenia emerytury z pracą: wówczas potencjalni emeryci mogliby mieć większą motywację do kontynuowania pracy ze względu na niskie emerytury. Rząd jednak nie zdecydował się na przedstawienie takich propozycji, choć o tym, jak robią to inne kraje, wiele napisano w ostatnim przeglądzie emerytalnym.