– Mam dwie córki, obie uczą się w gimnazjach, ale już wiemy, że na pewno nie pójdą potem do liceów. Jesteśmy zdecydowani na technika. Jeżeli zechcą, będą mogły po nich pójść na studia, ale będą też już miały konkretny zawód – mówi Dominika Staniewicz, ekspert ds. rynku pracy z Business Centre Club. Jeszcze do niedawna trend był odwrotny. Od początku lat 90. szkolnictwo zawodowe i techniczne popadło w kryzys. Drastycznie spadała liczba uczniów. Samorządom to odpowiadało, bo kształcenie ogólne jest tańsze niż zawodowe.

Proporcje typów szkół ponad gimnazjalnych (a wcześniej w ponadpodstawowych) zmieniły się w model 80:20, czyli taki, w którym 80 proc. młodych Polaków zdobywało wykształcenie średnie, zaś tylko 20 proc. kończyło szkoły zawodowe. W rozwiniętych gospodarczo państawch Europy dominuje model odwrotny. Wykształcenie zawodowe przeważa w Niemczech (77 proc. uczących się), Austrii (77 proc.), na Węgrzech (73 proc.), w Szwajcarii (69 proc.) i Słowacji (67 proc.).

Ale polski rząd mógł się chwalić w międzynarodowych statystykach boomem w edukacji wyższej. Tyle że po blisko dwóch dekadach okazało się, że tłumy magistrów – często słabo wykształconych – są na rynku pracy zbędne. Za to mamy poważne deficyty fachowców technicznych.

– Nie kształcę bezrobotnych. Moi absolwenci mają nie tylko pracę, lecz także szanse rozwoju. Nierzadko kilka lat po skończeniu szkoły zarabiają o wiele lepiej niż ja. Który dyrektor liceum może tak powiedzieć? – pyta Małgorzata Lorek, dyrektor Zespołu Szkół Geodezyjno-Drogowych w Poznaniu, zapytana o szanse na pracę po szkole zawodowe. – Sama mam syna geodetę, skończył liceum, ale szybko się zreflektował, i poszedł do technikum dla dorosłych. Dziś ma 26 lat i świetną pracę w Łodzi, pracodawca tak potrzebował fachowców, że nawet opłaca mu mieszkanie. A z drugiej strony właśnie dostałam CV od dziewczyny: skończyła psychologię, a w doświadczeniu zawodowym ma wpisane m.in. kelnerka. Trzeba zawalczyć o zmianę opinii o szkolnictwie zawodowym, tak by młodzi ludzie uczyli się tego, co pozwoli im potem na godne życie – dodaje dyrektor Lorek.

– To fikcja, że naród może się składać z samych magistrów – komentuje z kolei Jerzy Miszczak, prezes Lubelskiej Izby Rzemieślniczej. Najlepiej przemawiają jednak dane dotyczące bezrobocia wśród absolwentów różnego rodzaju szkół. W woj. lubuskim pod koniec 2012 r. po roku od ukończenia nauki – o ile nie była ona kontynuowana – aż 54,4 proc. absolwentów liceów pozostawało bezrobotnych. Dużo lepiej radzili sobie absolwenci zawodówek – 27,4 proc., a najlepiej techników – bezrobotnych było tylko 18,2 proc. W woj. małopolskim bezrobotnych po zawodówce jest jeszcze mniej, bo zaledwie 13 proc., a w dolnośląskim 17 proc. W 2010 r. Urząd Pracy w Białymstoku przeprowadził badania, w trakcie których weryfikowano sytuację osób z wykształceniem zawodowym. Okazało się, że ponad 70 proc. absolwentów znajdowało pracę już w ciągu miesiąca od momentu rozpoczęcia poszukiwań. Tylko 1,4 proc. szukało zatrudnienia dłużej niż rok.

– Wiele tu zależy od samego młodego człowieka i jego determinacji. Ale nie bez powodu żartuje się, że po liceum to można co najwyżej pracować w fast foodzie – nie uwłaczając temu miejscu – opowiada Dominika Staniewicz z BCC.

Najnowsze dane o bezrobociu w Polsce nie pozostawiają wątpliwości: jego poziom jest najniższy na terenach, na których mieszka dużo osób z wykształceniem zawodowym. W woj. wielkopolskim (9,6 proc.) i śląskim (11,1 proc.). Na tych obszarach tradycja szkolnictwa zawodowego zachowała się najsilniej i w tych regionach tradycyjnie szacunek nadal wzbudzają osoby, które posiadają konkretne umiejętności. Z najnowszego wykazu zawodów deficytowych przygotowywanego przez resort pracy też przebija potrzeba fachowców. Zawody, w których praktycznie nie ma bezrobocia to: robotnik gospodarczy, technicy prac biurowych, opiekunowie osoby starszej, spawacze, monterzy ociepleń budynków, operatorzy obrabiarek sterowanych numerycznie, glazurnicy, ale także spedytorzy, floryści, biomasażyści, pielęgniarze opieki długoterminowej. Czyli zawody zarówno dla absolwentów techników, jak i zawodówek, dla mężczyzn i kobiet.

To oczywiście nie oznacza, że każde wykształcenie zawodowo-techniczne to automatycznie pewna praca. W woj. dolnośląskim aż 17 proc. absolwentów techników hotelarskich, trzy czwarte techników pojazdów samochodowych, co szósty technik informatyk i co piąty technik architektury krajobrazu rok po zakończeniu szkoły pozostają bez pracy. Zawodówki są OK. Ale tylko te z pomysłem na siebie.

Rekomendacje DGP

– Promocja kształcenia zawodowego wśród uczniów i rodziców jako ścieżki kariery równie atrakcyjnej jak wykształcenie wyższe;

– Poprawa doradztwa zawodowego na poziomie gimnazjów. Uczniowie wciąż nie wiedzą i nie rozumieją, jakie wykształcenie oferują im różne typy szkół.

– Systematyczny monitoring losów absolwentów szkół zawodowych i techników. W sytuacji gdy po ukończeniu szkoły mają problemy ze znalezieniem pracy – ograniczanie dalszego kształcenia w tym kierunku.

– Większa kontrola nad powstawaniem nowych szkół i nowych kierunków kształcenia: dopuszczenie do nich tylko wtedy, gdy zawody, jakie proponują, znajdują się na liście zawodów deficytowych w danym województwie.

– Regularne monitorowanie potrzeb pracodawców. Na tej podstawie prognozowanie przyszłych trendów na rynku pracy i dostosowywanie do nich oferty szkolnictwa zawodowego.

– Lokalność kształcenia: szkoły muszą być dostosowane do potrzeb danego rynku pracy, być blisko z nim związane.

– Podobnie jak w szkolnictwie wyższym stworzenie mechanizmu „kierunków/zawodów zamawianych”, które byłyby dodatkowo subsydiowane z budżetu państwa.

– Zwiększenie oferty w technikach dla kobiet.