Zarzuty do nowych reguł oceny pracy nauczycieli mają m.in. oświatowe związki zawodowe i dyrektorzy szkół. Ich zdaniem taka ocena, która po zmianach ma następować co trzy lata, będzie przeprowadzana zbyt często i dołoży wielu biurokratycznych obowiązków (których dziś w placówkach oświatowych już jest tak wiele, że można odnieść wrażenie, iż to nie szkoła, a urząd).

Pojawiają się argumenty, że dyrektorzy po prostu nie będą mieli czasu na rzetelne sporządzenie ocen. A jeśli o rzetelność chodzi – z tą w ogóle może być kłopot także z innych powodów. Problemem – jak zwykle – są pieniądze. Bo na nowych zasadach najwyższa ocena pozwoli na przyspieszenie awansu zawodowego, którego naturalną konsekwencją jest podwyżka wynagrodzenia, a dla tych, którzy już osiągnęli najwyższy stopień zawodowy, ocena wyróżniająca oznacza specjalny dodatek do pensji. I jak się okazuje, szczególnie ten ostatni będzie dla gmin olbrzymim obciążeniem finansowym. Zwłaszcza że w niektórych z nich liczba pracowników z tytułem nauczyciela dyplomowanego stanowi połowę (lub nawet więcej) ogółu pedagogów.

Dlatego samorządy już dziś deklarują, że wypłatę nowego świadczenia uzależnią od posiadanych środków. Część z nich zamierza narzucić szkołom ograniczenia, co do tego, ile osób mogłoby otrzymać oceny wyróżniające. Nastąpi to w sprawdzonej już formie wytycznych dla dyrektorów (choć formuła ta jest kwestionowana w orzecznictwie sądowym). Z kolei inni mówią wprost, że nie będą wypłacać dodatku, jeśli w budżecie państwa nie znajdą się środki na ten cel. Wygląda więc na to, że jedna fikcja zastąpi drugą – miejsce tej dzisiejszej, w której ocenianie nauczycieli praktycznie nie funkcjonuje, zajmie ta, w której nie wszyscy dostaną taką ocenę, na jaką zasługują.

ZAINTERESOWAŁ CIĘ TEN TEMAT? CZYTAJ WIĘCEJ W TYGODNIKU GAZETA PRAWNA>>