Od ubiegłej dekady w naborze na studia utrzymywał się silny trend spadkowy – w najgorszych latach uczelnie przyjmowały nawet o kilkadziesiąt tysięcy mniej nowych słuchaczy. O ile jeszcze w roku akademickim 2010/2011 wszystkie publiczne i niepubliczne placówki przyjęły prawie 600 tys. osób, o tyle tegoroczny nabór zakończył się wynikiem na poziomie 424 tys. W świetle tego dużym zaskoczeniem może być to, że prywatnym uczelniom nowych studentów właśnie przybyło – o ile rok temu naukę nich rozpoczęło 92,3 tys. osób, o tyle w tym już ok. 105 tys. (uczelnie publiczne straciły w tym czasie ok. 25 tys. studentów). To pierwszy wzrost od co najmniej 2009 r.

– Choć mamy środek niżu demograficznego, to przyjęliśmy więcej studentów – potwierdza prof. Czesław Kłak, dyrektor Kolegium Prawa z Rzeszowskiej Szkoły Wyższej. Większość ekspertów uważa, że to efekt zmian w finansowaniu uczelni publicznych, które wprowadził obecny minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. Obowiązujące od 1 stycznia 2017 r. przepisy sprawiły, że państwowym szkołom nie opłaca się iść w ilość, czyli przyjmować jak największej liczby słuchaczy. Obowiązuje natomiast wymóg, aby na jednego nauczyciela akademickiego nie przypadało więcej niż 13 studentów. W innym wypadku resort obcina szkole dotację.

W efekcie tego wiele publicznych szkół wyższych ograniczyło liczbę miejsc na studiach. Tak zrobił np. Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny w Radomiu czy Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu. – Z uwagi na specyfikę prowadzonych przez nas kierunków znacznie przekraczaliśmy ministerialny limit 13 słuchaczy na jednego wykładowcę. Musieliśmy zmniejszyć limity przyjęć aż o 30 proc. Odmówiliśmy wielu chętnym – przyznaje Iwona Cieślik z poznańskiej uczelni. Odprawieni z kwitkiem kandydaci musieli zdecydować się na alternatywę w postaci prywatnych studiów. – Jeżeli ktoś chciał w Poznaniu studiować np. ekonomię i nie dostał się do nas ani na Uniwersytet Adama Mickiewicza, to nie miał innego wyjścia – uważa Cieślik. Jej zdaniem można się było spodziewać, że na zmianach w zasadach finansowania szkół wyższych skorzystają zwłaszcza prywatne placówki.

W tym roku budżet państwa sfinansuje studia stacjonarne dla zaledwie 249 tys. nowo przyjętych słuchaczy. W ubiegłym roku było ich o ponad 25 tys. więcej. To oznacza odwrócenie trendu, bo do tej pory – mimo pogłębiającego się niżu demograficznego – to bezpłatne kierunki traciły najmniej studentów.

Przyjęcia do szkół wyższych

Przyjęcia do szkół wyższych

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Eksperci dostrzegają jednak korzyści z takich zmian. – Dzięki temu, że szkoły publiczne nie będą już zdeterminowane, aby masowo kształcić, poprawi się w nich jakość nauczania. Taki był przecież cel wprowadzenia zmian w algorytmie. Skierowanie kandydatów do szkół prywatnych to jedynie jego efekt uboczny i był on do przewidzenia. Mam wrażenie, że skorzystały na nim zwłaszcza najlepsze niepubliczne placówki – komentuje Piotr Pokorny z Instytutu Rozwoju Szkolnictwa Wyższego.

Zdaniem przedstawicieli uczelni niepublicznych sukces tegorocznej rekrutacji to nie tylko wynik zmian w finansowaniu, ale przede wszystkim ich wysiłków. – Szkoła prywatna musi być lepsza od publicznej, aby zachęcić kandydatów. Szybciej musimy reagować na potrzeby rynku pracy, pracodawców i maturzystów. Organizujemy spotkania w szkołach średnich oraz nawiązujemy współpracę m.in. z samorządem terytorialnym czy firmami. Uczelnie publiczne nie muszą się tym martwić, bo i tak dostają dotacje z budżetu państwa. My musimy ciężko pracować na każdą złotówkę – uważa prof. Czesław Kłak.

Sam resort nauki na razie wstrzymuje się od komentarza. – Szczegółowe zestawienie wyników rekrutacji na studia w roku 2017/2018 zostanie opracowane i opublikowane na stronie MNiSW na początku listopada. Wtedy odniesiemy się do tych danych – komentuje krótko Katarzyna Zawada z ministerstwa.

Ale już teraz wiadomo, że niepubliczne uczelnie mogą zyskać jeszcze więcej. Jarosław Gowin zapowiedział bowiem, że będzie walczył, aby studia stacjonarne w prywatnych szkołach były finansowane z budżetu państwa. Jeżeli takiego pomysłu nie uda się przeforsować, to wicepremier ma jeszcze plan B. Postara się wprowadzić przynajmniej częściowy mechanizm dotacji polegający na tym, że studenci niepublicznych szkół (bądź ich rodzice) będą mogli odliczać czesne od podatku.

Jeszcze inną propozycję ma Konfederacja Lewiatan. Proponuje wprowadzenie podwojonego stypendium socjalnego dla osób odbywających odpłatne studia. – Dotychczasowy system stypendiów nie wyrównuje szans grupy najgorzej sytuowanych słuchaczy, którzy płacą za naukę – argumentuje Jakub Gontarek, ekspert konfederacji.

– Nie oszukujmy się, wybierając studia, kandydaci kierują się głównie kwestiami finansowymi. Wprowadzenie dotacji albo innego mechanizmu wsparcia dla uczelni niepublicznych pozwoliłoby przyszłym studentom podejmować bardziej świadome decyzje. Już nie musieliby kierować się wyłącznie pieniędzmi, ale faktycznie mogliby porównać oferty, a także wybrać taki kierunek, po którym mają szansę na osiągnięcie sukcesu na rynku pracy. Nie miałoby dla nich wówczas znaczenia to, czy będą uczyć się na niepublicznej, czy publicznej uczelni – przekonuje prof. Kłak.