Kogo najbardziej zaboli nowa ustawa o szkolnictwie wyższym i nauce?

Zaboli wszystkich tych, którzy nie będą chcieli podjąć rękawicy związanej ze współczesnymi wyzwaniami z tego obszaru.

Czyli?

Między innymi uczelnie, które mają kategorię C. Będą musiały podjąć wiele pracy, aby móc kontynuować swoje działania naukowe. Dla przypomnienia, jest to najniższa kategoria przyznawana podczas oceny działalności. Finansowanie badań prowadzonych przez takie jednostki jest nieefektywne. Ustawa będzie też wyzwaniem dla tych, którzy oczekiwali, że będzie ona instrukcją obsługi dla uczelni. Poszerzamy autonomię, w związku z tym odpowiedzialność za sposób ich funkcjonowania przejmie w większym zakresie wspólnota akademicka, z rektorem na czele.

Podkreśla pan często, że nowa ustawa będzie dawała uczelniom większą autonomię. W jakim zakresie?

Wiele rzeczy obecnie regulowanych ustawą, będzie przeniesione do statutów uczelni, np. to, jaka będzie ich struktura, czy będą dzielić się na wydziały itd. Dzięki temu, mam nadzieję, uda nam się osiągnąć efekt uboczny, jakim jest większy pluralizm, większe zróżnicowanie uczelni. Obecnie polskie szkoły wyższe są bardzo do siebie podobne, przypominają rosyjskie matrioszki. Otwieramy jedną, wyskakuje druga, taka sama, tylko mniejsza. Chciałbym, aby nasze uczelnie różniły się między sobą, tak jak brytyjskie czy niemieckie.

Czy planują państwo zmiany w zakresie łączenia uczelni?

Proponujemy zupełną nowość, a mianowicie uczelnie federacyjne. Będą mogły powstać z uczelni, albo z uczelni i instytutów badawczych czy instytutów Polskiej Akademii Nauk. Będą wspólnie prowadzić kształcenie doktorantów, nadawać stopnie naukowe, czy prowadzić badania, współdziałając w niektórych płaszczyznach, lecz pozostając osobnymi jednostkami.

A czy uczelnie publiczne będą mogły łączyć się z niepublicznymi?

Takiej możliwości nie przewidujemy.

Co z pieniędzmi na kształcenie studentów na uczelniach niepublicznych? Czy będą miały do nich prawo?

Niestety. Z ubolewaniem muszę przyznać, że nie ma w tej chwili klimatu politycznego, aby stworzyć możliwość sięgania przez uczelnie niepubliczne po pieniądze na studia dzienne. Jednak, tak jak obecnie, będą mogły korzystać z pieniędzy na badania naukowe czy szkoły doktorskie.

Czy będą nowości w dotowaniu uczelni publicznych?

To akurat nie jest materia ustawowa, ale chcemy wprowadzić dwie zmiany. Po pierwsze – lepiej płacić uczelniom za zatrudnianie praktyków, czyli ekspertów w danej dziedzinie, którzy prowadziliby zajęcia ze studentami. Teraz dostaje się za nich mniejszą dotację niż za nauczycieli akademickich. Chcemy, aby były to równe kwoty. Ponadto, w przyszłości uzależnimy dotację dla szkół również od wyników monitoringu karier zawodowych absolwentów. Ci, którzy lepiej radzą sobie na rynku pracy, szybciej znajdują etat i więcej zarabiają, wpłyną na wyższą dotację dla uczelni, którą ukończyli. Z tym że to będzie wskaźnik względny – zależny od realnej sytuacji w regionie. Nie można bowiem porównywać wprost sytuacji absolwentów w Warszawie do tych z małego miasta.

Co zatem z filozofami?

Może wszyscy zostaną ministrami? (śmiech) Ale tak poważnie, filozofowie całkiem dobrze radzą sobie na rynku pracy.

Większa autonomia to też większa odpowiedzialność. Czy wprowadzi pan dodatkowe sankcje dla szkół wyższych?

Dzisiejsza ustawa już przewiduje sankcje, ale polegają one na spuszczeniu na uczelnię bomby atomowej, czyli odwołaniu rektora. Jest to kara niewspółmierna do większości przypadków.

Dlatego chcemy wprowadzić większe zróżnicowanie kar. Za prowadzenie studiów bez pozwolenia będzie to nawet 100 tys. zł. Za bezprawne podnoszenie opłat za studia – do 50 tys. zł. Tak samo za niewydanie dyplomu w ciągu 30 dni od ukończenia studiów – do 5 tys. zł za każdy taki przypadek. Ponadto chcemy pozostać przy obecnej zasadzie, że rekrutacja nauczycieli akademickich ma odbywać się w drodze otwartego naboru. Dlatego wprowadzamy nowy rodzaj kar za naruszenie jawności konkursów na stanowiska (do 50 tys. zł). Chcemy skończyć z fikcyjnymi konkursami. Kary będą groziły również za brak jawności postępowań doktorskich – za nieujawnianie treści prac dyplomowych, recenzji itd. – również do 50 tys. zł.

A czy ustawa wprowadza nowe instrumenty kontroli uczelni?

Obecnie dużym problemem jest to, że tworzą one takie kierunki studiów, jakie im się podobają, niekoniecznie zgodne z zapotrzebowaniem rynku pracy. Nie może być tak, że minister jest jedynie notariuszem zobowiązanym do podpisania zgody na uruchomienie kierunku. Dlatego chcemy, aby nowa ustawa dała ministrowi nadzorującemu uczelnię możliwość odmówienia wydania pozwolenia na utworzenie studiów. Nie będzie to dotyczyło szkół wyższych z najlepszymi kategoriami – A+ i A.

Czym będzie się pan kierował, podejmując decyzję?

Będę opierał się na prognozach rynku pracy.

A czy ministerstwo zleci np. opracowywanie specjalnych raportów na ten temat?

Niepotrzebne są żadne raporty, aby wiedzieć, że bezsensowne jest uruchamianie np. kolejnych pedagogik. Liczba uczelni, które prowadzą ten kierunek studiów, jest i tak już za duża. To nie oznacza, że nie będziemy w przyszłości potrzebować pedagogów. Ani też, że skoro ktoś ma pasję, aby uczyć, to nie powinien iść na takie studia. Ale nie powinny mieć one charakteru tak masowego jak obecnie. Oczywiście w przypadku odmowy będziemy to szczegółowo uzasadniać.

Większe znaczenie ma mieć ocena okresowa pracowników.

Likwidujemy obligatoryjność habilitacji. Obecnie za brak uzyskania kolejnego stopnia naukowego w ciągu ośmiu lat nauczyciel akademicki może stracić pracę. To był najczęściej stosowany instrument rozwiązywania umów z pracownikami. Skoro tego wymogu nie będzie w ustawie, to uczelnie będą musiały wykorzystać inne instrumenty weryfikacji jakości pracy. Większego znaczenia nabiorą oceny okresowe, do których uczelnie będą musiały się rzetelnie przygotować. Uzyskanie drugiej negatywnej oceny będzie oznaczało obowiązek rozwiązania umowy o pracę.

Pensje akademików – minimalne wynagrodzenie – mają zostać określone w ustawie. Czy planują państwo podnieść stawki?

Płace wynagrodzenia zasadniczego zamierzamy uzależnić od minimalnego wynagrodzenia za pracę (w 2018 r. wyniesie ono 2,1 tys. zł). I tak dla osób zatrudnionych na stanowisku profesora pensja zasadnicza wyniesie 300 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę, profesora uczelni – 250 proc., adiunkta – 195 proc., asystenta – 125 proc.

Oznacza to, że pensje, a przynajmniej stawki minimalnego wynagrodzenia dla akademików, wzrosną.

Owszem, ale i tak uważamy, że płace na uczelniach są zdecydowanie za niskie. Na razie w ślad za reformą w budżecie państwa na naukę mamy zaplanowane 1 mld zł więcej środków niż w tegorocznym. Ale to dopiero pierwszy krok. Będę zabiegał o to, aby rozpocząć proces podnoszenia płac na uczelniach.

Ustawa, którą pan wczoraj ogłosił, będzie wprowadzana stopniowo. Proces wdrażania jej najważniejszych elementów zakończy się w 2022 r. Jak wyobraża pan sobie szkolnictwo wyższe za pięć lat?

Po pierwsze, uczelnie będą dużo bardziej różnorodne, lepiej zarządzane, nie będzie kolejek przed dziekanatami, będzie na nich więcej wykładowców zagranicznych. Po drugie, wykłady będą prowadzane już nie przez starszych profesorów, ale także przez młodych naukowców, w tym tych, którzy po wejściu do UE wyjechali z naszego kraju. Będziemy ich ściągać do Polski. Wreszcie – nasze uczelnie będą figurować na dużo wyższych miejscach w międzynarodowych rankingach. To nie jest cel sam w sobie, tylko potwierdzenie dobrych zmian, które dokonają się dzięki ustawie, choć nie tylko. Także dzięki pozytywnej energii, którą udało nam się wyzwolić w trakcie prac nad nią.

Ile będzie uczelni i studentów za pięć lat?

Te niepubliczne sukcesywnie się wykruszają. Myślę, że będzie ich kilkadziesiąt mniej niż obecnie. Natomiast jeżeli chodzi o publiczne, to ich liczba stopnieje o kilkanaście, ale nie dlatego, że zostaną zamknięte, ale połączą się z innymi – sfederalizują albo skonsolidują. Co do studentów, to akurat nie jest najistotniejsze, ilu ich będzie. Choć tutaj nie należy się spodziewać dużego spadku. Ważne jest, aby dyplom, który uzyskają, liczył się na świecie. Wierzę w to, że tak się stanie właśnie dzięki zmianom, które wczoraj ogłosiliśmy.

Projekt reformy ministra Gowina może trafić do kosza

Wicepremier Jarosław Gowin przedstawił wczoraj projekt ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, nad którym jego ministerstwo pracowało przez ostatnie dwa lata. Może on jednak trafić do kosza albo sejmowej zamrażarki. Ryszard Terlecki, szef klubu PiS, pytany wczoraj w radiowej Trójce o to, czy zna projekt ustawy premiera Gowina, powiedział, że nie zna jej ani rząd, ani klub PiS. – Wątpię, żebyśmy się na niego zgodzili – powiedział w trakcie radiowego wywiadu.

Na projekcie Gowina suchej nitki nie pozostawiają równie inni posłowie PiS.

– Po pierwsze, dziwne jest to, że ustawę mogliśmy przeanalizować dopiero wczoraj. Tymczasem znajdują się w niej takie rozwiązania, które będą bardzo trudne do zaakceptowania – oburza się prof. Włodzimierz Bernacki, poseł PiS, członek sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży.

Co się nie podoba posłom?

Po pierwsze to, że Jarosław Gowin proponuje zwiększenie kompetencji rektora.

– Jego rola będzie wielka. Stanie się niemalże dyktatorem – zauważa prof. Bernacki.

Do jego kompetencji będzie należało zarządzanie uczelnią, prowadzenie jej gospodarki finansowej oraz ustalanie szczegółowej struktury organizacyjnej. Co jednak najważniejsze, będzie on powoływał osoby do pełnienia funkcji kierowniczych.

Zmienią się też zasady jego wyłaniania. Zostanie utworzony nowy organ – rada uczelni. W jej skład wejdą przedstawiciele szkoły wyższej, ale także osoby z zewnątrz, np. otoczenia społeczno-gospodarczego. Jej członków wybierze senat uczelni i to ona będzie wskazywała kandydatów na rektora. To właśnie nie podoba się posłom.

– Trudno zgodzić się na takie rozwiązania, są sprzeczne z tradycją akademicką. Przecież obecnie zarówno rektorzy jak i dziekani wyłaniani są w drodze wyborów przeprowadzanych na uczelni. Swoich przedstawicieli wybiera środowisko akademickie – wskazuje poseł. Nie podoba mu się również to, że uprawnienia do prowadzenia kierunku czy do nadawania stopni naukowych będą przypisane uczelni, a nie wydziałowi.

– To naprawdę są wątpliwe rozwiązania – mówi prof. Bernacki. Krytykuje także pomysł wydłużenia studiów niestacjonarnych – licencjackich o semestr, a magisterskich o dwa semestry. Przełoży się to bowiem na wyższe koszty studiów. – To sięganie do kieszeni ludzi. Na to nie ma zgody – mówi poseł.

Obawia się także, że ustawa doprowadzi do marginalizacji uczelni regionalnych. Gowin chce bowiem, aby w Polsce powstały bardzo silne ośrodki badawcze, które będą miały szanse konkurować z najlepszymi na świecie. Mniejsze mają skupić się głównie na kształceniu zawodowym. Dla badawczych zostaną przewidziane dodatkowe pieniądze, o które będą mogły starać się w konkursach. Wprawdzie dla mniejszych ośrodków również ma zostać stworzony system grantów, ale posłowie PiS wątpią, czy to uchroni je przed zapaścią.

Wicepremier Gowin nie martwi się jednak o losy projektu. – Jestem spokojny, że koalicja stanie murem za tą ustawą. Chcemy też, aby zyskała ona ponadpartyjne poparcie – mówił w trakcie wczorajszej konferencji.